Nie powiem, że mam tak samo, ale może tak być. Jeszcze Prey śliczne. W sumie szkieleciki też fajna płyta. W ogóle lubię chyba wszystko poza Clouds. Astral Sleep momentami koszmarnie kiczowate, ale urocze i też mi się już podoba.
Wolisz zakladac rajstopy czy ponczochy?
To właśnie odróżnia mężczyzn od chłopców, że ci pierwsi się nie wzruszają przy dziewczęcym rockowanku bad boja o dużej fujarce.DiabelskiDom pisze: ↑5 lat temu Nieskończenie zabawnym znajduję fakt, że użytkownik @deathwhore pyta złośliwie, czy robimy się mokre przy Type o Negative, ale przy pytaniu o garderobę pod słuchanie Tiamat odwraca kota ogonem![]()
W Type o Negative zadnego Ratajczaka nie bylo.deathwhore pisze: ↑5 lat temu Tiamat to bezpretensjonalny, nieco romantyczny rock gotycki nie gorszy niż Sisters of Mercy czy Christian Death. Type o Negative to sesja megalomanii i autoerotyzmu pana Ratajczaka. I niby nikomu źle nie życzę i z niczyjej śmierci poza śmiercią Wojtyły się nie cieszyłem, ale perspektywa tego, że Type o Negative nie nagra kolejnej płyty przyjąłem z pewnym zadowoleniem.
Ale ten autoerotyzm i megalomania wpływały w jakiś sposób na muzykę, czy po prostu Tobie to wadziło i kłuło w oczy? Bo porównałeś ze sobą muzykę jednego i osobę lidera drugiego.deathwhore pisze: ↑5 lat temu Tiamat to bezpretensjonalny, nieco romantyczny rock gotycki nie gorszy niż Sisters of Mercy czy Christian Death. Type o Negative to sesja megalomanii i autoerotyzmu pana Ratajczaka. I niby nikomu źle nie życzę i z niczyjej śmierci poza śmiercią Wojtyły się nie cieszyłem, ale perspektywa tego, że Type o Negative nie nagra kolejnej płyty przyjąłem z pewnym zadowoleniem.
Chujowe
Chyba muszę się zgodzić, mądry post!deathwhore pisze: ↑5 lat temu Tiamat to bezpretensjonalny, nieco romantyczny rock gotycki nie gorszy niż Sisters of Mercy czy Christian Death. Type o Negative to sesja megalomanii i autoerotyzmu pana Ratajczaka. I niby nikomu źle nie życzę i z niczyjej śmierci poza śmiercią Wojtyły się nie cieszyłem, ale perspektywa tego, że Type o Negative nie nagra kolejnej płyty przyjąłem z pewnym zadowoleniem.
Tiamat nagrał więcej doomowych kawałków niż TON mimo że wcale długo doomu nie grali(Whatever That Hurts zamiata całe dysko TON).DiabelskiDom pisze: Ale jakie to są riffy, wokale, aranżacje autoerotyczne i megalomańskie a jakie nie i dlaczego Type O Negative ma megalomańskie te swoje doommetalowe riffy a Tiamat swoje doommetalowe i rockowe ma tylko gotyckorockowe i romantyczne?
Ja np hummoru w muzyce nie trawię, czarny humor może być ale to lepiej robiło Macabre. Ciężko mi też ten humor w TON dostrzec, chociażby Peter strasznie się wkurzył że po sesji w magazynie Playgirl spodobał się chłopom i dostał sporo ciepłych listów. Musiało go to mocno ubodzić, inaczej nie powstałby utwór I Like Goils.Pan Efilnikufesin pisze: Nikt nie dostrzega cynizmu i czarnego humoru w tworczosci T O N?
Tiamat bardziej powazny byl.
Dobre żarty się Ciebie trzymają. Z każdego etapu działalności TON można wybrać coś, co zmiata Whatever Tha Hurts. Nie mówię tu, rzecz jasna, że hit Tiamatu jest zły, ale pisanie, że ten jeden numer zmiata wszystkie numery Type O Negative to jakieś karkołomne wręcz stwierdzenie.
TON nie nagral lepszego numeru niż WTH, a przecież Tiamat ma jeszcze Gaię, Do You Dream Of Me?, Visionaire, Mount Marilyn, Cain i kilka innych jeszcze. Nie wiem co od TON(albo z gotyckiego metalu w ogólności*) miałoby z nimi konkurować : )DiabelskiDom pisze: ↑5 lat temuDobre żarty się Ciebie trzymają. Z każdego etapu działalności TON można wybrać coś, co zmiata Whatever Tha Hurts. Nie mówię tu, rzecz jasna, że hit Tiamatu jest zły, ale pisanie, że ten jeden numer zmiata wszystkie numery Type O Negative to jakieś karkołomne wręcz stwierdzenie.
Pewnie jestem nieobiektywny ale sprawdziłem.DiabelskiDom pisze: ↑5 lat temu Dla mnie choćby Profits of Doom ora Whatever That Hurts. To tak, żeby wziąć coś z późniejszego, nawróconego okresu. A jeśli weźmiemy coś ze starszych, to nie wiem, Cinnamon Girl, żeby też nie rzucać najbardziej znanych oczywistości typu Black No. 1..
Bezpretensjonalne, gotykująco-doomowe, zajebiste kawałki.
Krótka piłka, nie ta liga. Samo intro do Whatever That Hurts z - nie bójmy się przedstawić sprawy jasno - wiekopomnym riffem o wadze wszystkich ziaren piasku Sahary orze 100% gotyckiego metalu. Type O Negative to dla mnie usilne, średnio śmieszne żarty, niby-groteska, niby-dystans i w znacznej mierze banalne, radiowe kawałki. Do bezpretensjonalnej to kapeli z fiutem i zadem lidera na okładkach droga bardzo daleka. Jak to Duduś napisał o Tiamacie na shoutboxie - nie wiem, jak TON można dziś słuchać na poważnie. Mając naście lat ok, można, sam trochę słuchałem.pp3088 pisze: ↑5 lat temuTON nie nagral lepszego numeru niż WTH, a przecież Tiamat ma jeszcze Gaię, Do You Dream Of Me?, Visionaire, Mount Marilyn, Cain i kilka innych jeszcze. Nie wiem co od TON(albo z gotyckiego metalu w ogólności*) miałoby z nimi konkurować : )DiabelskiDom pisze: ↑5 lat temuDobre żarty się Ciebie trzymają. Z każdego etapu działalności TON można wybrać coś, co zmiata Whatever Tha Hurts. Nie mówię tu, rzecz jasna, że hit Tiamatu jest zły, ale pisanie, że ten jeden numer zmiata wszystkie numery Type O Negative to jakieś karkołomne wręcz stwierdzenie.
Ciężko mnie nazwać fanbojem. Tylko Wildhoney dostałoby ode mnie 5/5, DKOS mocne 4/5 reszta gdzieś 3-3.5/5 ale dalej to dobre rzeczy. Często nierówne, ale jak Edlund przypierdolił kawałkiem to zbieram szczękę z podłogi.DiabelskiDom pisze: Jednych i drugim można słuchać dzisiaj na poważnie. Niepoważne jest tutaj tylko deprecjonowanie jakości muzyki TON w porównaniu z Tiamatem w wykonaniu fanbojów tego drugiego
Przeważnie były to właśnie takie kloaczne żarty. Chuj, dupa, kurwa, cipa. Może i zabawne(o patrzcie dałem odbyt na okładce, pocałujcie mnie w dupę!) ale bardziej pasują do gimnazjalnego humoru niż do poważnej kapeli. Nie żeby Tiamat był megapoważnym i sztywnym zespołem - inaczej nie nagraliby tylu fajnych radiowych kawałków, ale zawsze wiedzieli gdzie postawić granicę.yog pisze: Type O Negative to dla mnie usilne, średnio śmieszne żarty, niby-groteska, niby-dystans i w znacznej mierze banalne, radiowe kawałki. Do bezpretensjonalnej to kapeli z fiutem i zadem lidera na okładkach droga bardzo daleka
yog pisze:Wiem, że do Ciebie nie trafiają, bo napisałeś kiedyś, że The Ar to zdecydowanie najlepszy kawałek na Wildhoney, co trudno potraktować w pełni poważnie, bo każdy wie, że to po prostu outro do legendarnego Whatever That HurtsNie mówię tego w żartach, jestem silnie przekonany, że to jeden z najważniejszych utworów metalu lat 90.