TaktycznyPingwin pisze: ↑9 lat temu
Hehe, nie no spoko, Slayer gówno. Chuj, że to prawdopodobnie najważniejszy zespół od czasów Black Sabbath, który miął wpływ na całą dzisiejszą ekstremę, ale nie, fani są zjebami, więc musi ten Slayer to jakieś gunwo. Tak, też paliłbym w piecu gówniażerią piszczącą "Slayer kurwa!", ale nie zmienia to faktu,że do"Seasons..." włącznie to to jest zespół-absolut. Idzie mi o obiektywną wartość muzyczną, nie o poziom ekstremy (bo wydaje mi się,że na takie dyskusje jesteśmy nieco za starzy, z wyjątkiem może naszego młodego kolegi Kornelka), czy jakieś inne urojone kategorie. Jeżeli waszym argumentem przeciwko Slayer jest a) to że nie lubicie kretynów słuchających tego zespołu, b) to że są kapele, które grają ciężej, to jest to ostateczny dowód na to,że metalowiec słucha tego metalu najwyraźniej dupą.
Nigdy nie negowałem wpływów Slayera, ba jestem im za nie wdzięczny. Tak samo jak jestem wdzięczny np Discharge czy Refused, ale to nie znaczy że muszę odpalać ich płyty regularnie czy uważać za nieomylnych muzyczynch mesjaszy.
Secundo, nigdy nie nazwałem Slayera gównem(przynajmniej nie do DI, potem faktycznie śmierdzi).
Argument "co to za ekstrema skoro jest black/death/doom/grind" to już zupełnie jakaś abstrakcja. Czyli co, im coś bardziej ekstremalne tym bardziej warto tego słuchać? No kurwa nie sądzę.
Oczywiście, że nie. Jak napisałem, gdy dopada mnie chęć posłuchania czegoś ekstremalnego to dopadam się do black/doom/deathu albo jakiś avant-jazzu(inny temat). Muzycznie Slayer też mnie nie zachwyca, nie powiem że złe czy miałkie, ale nie są to kompozycje najwyższej próby. Rozumiem, że status kultu i wpływ na metal robią swoje.
Natomiast gdy chce coś ekstremalnego do potupania nogą to odpalam grind i dobrze się bawię.
Najzwyczajniej w świecie Slayer wpada u mnie w kategorię pomiędzy klasycznym ciężkim graniem, a ekstremalnym ciężkim graniem. I nie za bardzo wiem co z nim zrobić, bo przeważnie mam ochotę na którąś w dwóch wcześniej wymienionych szufladek.
Inna sprawa, że taki Angel of Death zamiata pod dywan większośc deathów, blacków czy grindów. Gdzie kreskówki z Cannibal Corpse, a gdzie stary Slayer? O grindzie nie wspomnę, bo dla mnie gatunek zalicza się nierzadko do muzyki bardziej humorystycznej niż ekstremalnej. Przynajmniej się przy przebojach Slayerach nie zanudzisz na śmierć jak przy ekstremalnych wypustach od jakichś Skepticismów i innych nudziarzy o statusie kultu (o Evokenach i Esotericach nie mówię, bo oni akurat umią w tę muzę). Chyba, że mierzymy ekstremę przyswajalnością, to rzeczywiście, Slayer jest daleko z tyłu, za dużo przebojowości w riffach - odsłuch nie jest tu okupiony cierpieniem.
Kreskówki z Cannibal Corpse to chyba nawet moje określenie

Przy przebojach Slayer można się nieźle pobawić, potupać nogą, pomachać banią. Pełna zgoda. Skepticism to ekstremalni nudziarze, to właśnie w nich lubię. Ogólnie funeral doom nie jest specjalnie ekstremalny, po prostu wolny. Slayer bardziej by wstrząsnął nieopierzonym słuchaczem niż takie Mournful Congregation.
Ekstrema i przyswajalność to wyjątkowo relatywne i "osobiste" pojęcia. Dla jednego ekstremą będą techniczne wygibasy Origin, dla mnie to zwyczajna nuda, i tak dalej. Najmniejsza przyswajalność ma dla mnie gospel, ale nie sądzę bym kiedyś określił to mianem ekstremy, może ekstrementów co najwyżej.
O wpływie Slayera nie ma najmniejszego sensu dyskutować, bo wystarczyłoby spytać o to typów z nie wiem, Celtic Frost, Morbid Angel czy w zasadzie dowolnej kapeli zaczynającej w latach 80. i się okazuje, że powody do szybkiego grania są najczęściej dwa: Slayer i Venom (choćby ukochany na forum Peter mówił, że Show No Mercy było powodem, dla którego Vader skończył z Judasowaniem).
Tak jak już pisałem, nawet Converge wymienił Slayera jako jeden z wpływów, więc nigdzie tego nie neguję.
Pierwsze 5 Slayerów cult eternal, reszta by mogła nie istnieć, ale niech już tam sobie będą. W thrashu ciężko o coś lepszego, a jak komuś wadzi zachowanie fanów to jego problem. Jak ktoś nie lubi thrashu - jego strata, dużo dobrej zabawy mu umyka (jak nie najlepszej).
Zgadza się, nie lubię thrashu. Z małymi wyjątkami.
Tysiąc razy chętniej pójdę na koncert kapeli death/thrashowej, black/thrashowej itp. niż jakichś panów muskających struny z pełną precyzją. Metal to wkurwiona pięść przed twoją mordą, a bez thrashu można najwyżej pławić się w klimatach i zatapiać się w egzystencjalnych dylematach.
Bardzo lubię takie materiały : )
Na wszystko jest czas, ale lepiej sobie za dużo nie kminić, czasem trzeba zalać pałę, wstać na kacu i ogarnąć co jest do ogarnięcia, a nie patrzeć w gwiazdy.
Ja ogólnie jestem zwolennikiem muzyki doznaniowej, więc możemy się nie do końca zgodzić co do meritum.
Jakimś cudem nigdy nie spotkałem tego archetypicznego fana Slayera, więc nie pojmuję w czym problem z mitycznymi miłośnikami tej kapeli, co to sobie na czole żyletką logo wytną, byleby udowodnić, że należą do slaytanic wehrmachtu.
Ja niedawno spotkałem na koncercie, stał i cały koncert komentował do swojego kumpla, że Slayer mocniej nakurwia. Co ciekawe był to koncert post-rockowy, nieźle mnie chłop ubawił.